„Akurat zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, więc pomyśleliśmy, że możemy przecież pomóc jakiemuś dziecku przebywającemu w domu dziecka. Uświadomiono nam jednak, że jednorazowe zabranie dziecka do domu wywołuje więcej szkody niż pożytku, a istotą i sensem rodziny zaprzyjaźnionej jest zbudowanie trwałej relacji.
Zachęcono nas by spróbować umówić się na spotkanie z dyrektorem najbliższego domu dziecka. Mieliśmy szczęście.
Większość dzieci w DD była starsza, ale akurat trafił tam niedawno 5-letni chłopiec. Matka nadużywała alkoholu, ojciec nieznany. Chłopiec miał jeszcze starszą siostrę. Mieszkał wcześniej w zagrzybionym pokoju w suterenie z niewielką ciemną kuchnią. Bez łazienki. Większość czasu spędzał sam, bo matka wielokrotnie znikała z córką na kilka dni. W tym czasie nikt specjalnie się nim nie interesował.
Kuba trafił do DD bardzo zaniedbany.
Miał problemy z komunikacją. Jego mowa była bardzo niewyraźna. Można nawet powiedzieć, że wypracował swój własny język, niezrozumiały dla innych. Nie wiedział do czego służy łyżka, grzebień, szczoteczka do zębów czy pasta. Nie znał dni tygodnia, podstawowych nazw warzyw, czy owoców. Nie potrafił się bawić zabawkami. Nie wiedział jak je można wykorzystać. Miał zepsute zęby i zaawansowaną próchnicę, Od starszych chłopców z DD nauczył się „brzydkich” słów i często je powtarzał. W powiecie brakowało rodzin zastępczych, by umieścić tam Kubę.
Matka wciąż miała prawa rodzicielskie i chłopiec nie mógł zostać adoptowany. Pozostawał w DD, choć to nie było dla niego najlepsze rozwiązanie. Potrzebował indywidualnego traktowania, a na to w placówce nie miał szans. Tęsknił za mamą, która raz przychodziła do niego, a raz nie.
Pan Dyrektor DD miał wieloletnie doświadczenie i bardzo chciał pomóc Kubie. Musieliśmy odbyć dwie rozmowy z psychologiem pracującym w domu dziecka i zebrać podstawowe dokumenty, takie jak między innymi zaświadczenie o niekaralności i o braku przeciwwskazań zdrowotnych do sprawowania opieki na dzieckiem.
Pierwsze spotkanie…
Gdy przeszliśmy etap formalności w końcu mogliśmy spotykać się z Kubą, na początku tylko na terenie placówki. Na szczęście mieli też wokół budynku dość duży teren zewnętrzny w postaci boiska, sadu i placu zabaw. Odwiedzaliśmy Kubę 2, a czasem 3 razy w tygodniu. Początkowe spotkania nie były łatwe. Uczyliśmy się siebie nawzajem i dopiero poznawaliśmy. Największe wrażenie na Kubie zrobił mój mąż Paweł, może dlatego że chłopiec zawsze wokół siebie miał tylko kobiety – mamę i siostrę. Ojciec był nieobecny w jego życiu. Szybko zrodziła się między nimi więź, co ułatwiło nam te spotkania…
W końcu nadeszły tak długo wyczekiwane Święta, które mogliśmy spędzić razem. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ten mały chłopiec niepostrzeżenie stał się częścią naszej rodziny. Odprowadzanie go do placówki stawało się coraz trudniejsze…”